Get Adobe Flash player

Znajdź nas na Facebooku

Spoleczność

Tagi

Wywiad z Wojtkiem Gęsickim – Moja Kraina Łagodności

Trudno krótko określić twórczość Wojtka Gęsickiego. Jeśli nie widziałeś go na scenie, nie doświadczyłeś ciepła i empatii jakie biją od niego, trudno będzie uświadomić sobie i poczuć całą pozytywną energię jaką wnosi on na każdą scenę na której się pojawia. Poeta, kompozytor, satyryk, bard, konferansjer, dziennikarz radiowy. Człowiek wielu talentów i pasji, niezwykle skromny i bezpretensjonalny. Dziś, krótko po premierze nowej płyty odsłoni nam odrobinę swojego świata. Posłuchajcie.

Kraina Łagodności: Wojtku, określenie, którym najczęściej jesteś witany przy różnych okazjach – „największy bard na świecie” nie do końca oddaje i wyjaśnia wszystko to co robisz i kim jesteś, prawda?

Wojtek Gęsicki: To raczej taki żart, ponieważ mam 203 cm wzrostu – stąd największy, a hasłem „bard” dzisiaj da się skrótowo dość naświetlić co robię i skojarzyć mnie z danym nurtem: śpiewam piosenkę literacką, autorską, kabaretową. Można by było na mnie mówić piszący pieśniarz, ale nie wiem… Wokalista – raczej kojarzy mi się z konkretnymi stylami muzyki rozrywkowej i potężnym wibrującym głosem o niesamowitych skalach – tutaj najtrafniejszym określeniem dla mnie chyba powinno być pojęcie artysty estradowego, małpy scenicznej, która potrafi wzruszyć i rozśmieszyć… Potem dalej można wymieniać, że piszę teksty, komponuje, konferansjeruję (ha ha), recytuję, mówię monologi,  organizuję festiwale i koncerty, aranżuję piosenki…

KŁ: Pamiętasz jeszcze jak to się zaczynało? Co tak naprawdę ukształtowało Cię i dało Ci impuls na początku?

WG: Tego nie wiem. Wiem tylko, że od zawsze chciałem być aktorem. W wieku 6 lat napisałem swoją własną piosenkę (ha ha) o listeczku… Byłem jedynakiem wychowywanym wśród dorosłych, więc nie zawsze chciano mnie słuchać – zacząłem przelewać swoje myśli na papier (ha ha). Taka dość terapeutyczna forma rozmowy… Stąd wydaje mi się został ten nawyk dzielenia się myślami… U nas zawsze można było posłuchać płyt Czerwonych Gitar, czy Wojciecha Młynarskiego… To były bardzo dobre wzorce, jeśli chodzi o literaturę śpiewaną. Od Seweryna Krajewskiego uczyłem się nienagannej dykcji… Znaczy On miał nienaganną (ha ha)

KŁ: A twoje niedoścignione wzory, ideały? Muzyczni idole? Życiowe wzory – masz takie?

WG: One się zmieniały z wiekiem… Pierwszym moim ulubionym poetą był (jak pewno u większości) Gałczyński. Od niego uczyłem się muzyki słowa; dzięki niemu uczyłem się świata pełnego uczucia, gwiazd i kwiatów. Wierzyłem, że świat jest bezpieczny. A jeśli coś w nim uwiera, to na chwile. Potem był Norwid. Cała literatura romantyczna i wybrańcy młodopolskiej. I ja chyba tam już gdzieś tak zostałem w tych rejonach (ha ha). Moim idolem zdecydowanie jest P. Krzysztof Daukszewicz – bardzo Go szanuje i cenie jako Twórcę, Artystę i Człowieka.  Nie będę  oryginalny jak powiem, że Jonasz Kofta i Agnieszka Osiecka – to dla mnie wzory również. Nic tu odkrywczego nie będzie (ha ha)… A w miedzy czasie staram się podążać za modą i czytać czasem co jest na czasie, ale pochłaniaczem ksiąg nie jestem.

KŁ: Potem były festiwale, nagrody – pokaźna kolekcja laurów, które z nich wspominasz najmilej?

WG: Najmilej wspominam Spotkania Zamkowe w Olsztynie i Kraków – Studencki Festiwal Piosenki, a także FAMĘ. Było tych festiwali faktycznie sporo i w pewnym wieku pomyślałem, że już dość o tym mówić, bo jakie to ma znaczenie teraz ? Nie pamiętam już nawet dokładnie gdzie byłem i grałem… OSPA w Ostrołęce – to Festiwal związany z piosenka kabaretową – tam tez było bardzo rodzinnie. Nie lubiłem festiwali, na których dawało się wyczuć rywalizację i wyścigi szczurów… Były takie… Te, które wymieniłem wspominam z łezką w oku…

KŁ: A gdybyś mógł coś zmienić w tamtym czasie? Co by to było?

WG: Nie przestałbym tak szybko jeździć po festiwalach… Dla mnie, jak dla wielu innych ludzi była to jedyna możliwość pokazania się, zaśpiewania przed publicznością. Nigdy nie jechałem po to by wygrać, po nagrodę – jechałem, by zaśpiewać o czymś dla mnie ważnym. Po zdobyciu pierwszej nagrody byłem w szoku, że zdobyłem (ha ha). To nagrody spowodowały, że postanowiłem zostać przy tym i starać się z tego żyć. Starsi koledzy z estrady mówili mi, żebym już przestał jeździć po konkursach, bo przecież jestem oceniony i wiadomo na co mnie stać… Dziś wiem, że to był błąd marketingowy (ha ha). I tylko tyle bym zmienił. No, może jeszcze bym nie stawiał na niektóre przyjaźnie… Ale o tym nie będę mówił, bo smutno się zrobi…

KŁ: Niewielu ludziom tworzącym poezję udaje się utrzymać na scenie, tymczasem Ty wydałeś kilka płyt (najpierw jeszcze dwie kasety), dziś ukazuje się kolejne Twoje wydawnictwo. Powiedz jaka jest recepta na sukces w Krainie Łagodności?

WG: Nie wiem, czy to sukces… To, że mogłem przetrwać, to zawdzięczam Rodzicom. Gdyby Oni nie chcieli mnie wspierać w każdej możliwej formie, to musiałbym pewno w ciężkich chwilach zajmować się czymś innym i nie byłoby jakiegoś rozwoju w tym co robie, mojego rozwoju. Teraz tez wspiera mnie moja kochana Żona Gabrysia. Więc to okoliczności, czas i miejsce w jakim się znalazłem spowodowały, że jeszcze śpiewam. Poza tym moja determinacja. Wielka Miłość i Pasja do Piosenki z Tekstem. I dystans do tego co robię. Obserwacja. Dla mnie każdy koncert niesie ze sobą jakąś naukę. Słucham starszych, doświadczonych kolegów, podglądam ich – cały czas się uczę. Wydaje mi się, że dopiero od paru lat tak naprawdę zrozumiałem o co chodzi na scenie. Biorąc pod uwagę to, że jestem na niej ponad 20 lat, to przeszedłem studia estradowe dość intensywne. Jeżdżę ze swoim kolega akustykiem na koncerty i ze swoim specjalnie dobranym wymarzonym sprzętem. Piosenka literacka jest puchem, kwiatem,  który wymaga specjalnego traktowania i trzeba być jej wiernym. Ale podkreślam – JEJ , a nie sobie. Każdy koncert, to rozmowa, spotkanie Człowieka z Człowiekiem. I tu musi być zachowany znak równości między Widzem, a Artystą. Artysta jest dla Widza, a Widz dla Artysty. Nigdy nie zagra ta orkiestra poprawnie, kiedy Artyście wyda się, że ma być uwielbiany i tylko on.  Ale to moja teoria… (ha ha), której staram się być wiernym.

KŁ: Wrażliwość, ciepło i niezwykła empatia, która dla znajomych jest Twoim znakiem szczególnym pomaga czy przeszkadza w pracy artysty?

WG: Dziękuje bardzo… Jeśli tak jest, to zdecydowanie pomaga w pracy artysty… Często słyszę od Widzów, że promieniuje ciepłem i prawdą. To jest miłe. Gorzej jest już, jeśli mam zajmować się swoim menedżerowaniem – tu już ciało bez skóry bardzo przeszkadza.

KŁ: Powiedz jak wygląda świat oczami poety? Żyjesz w świecie poezji czy łączysz ze sobą dwa światy ten zaczarowany, poetycki i prozę szarej codzienności.

WG: Akurat nie umiem ich połączyć. Mój świat – nie wiem, czy poety, czy może to świat dziecka bardziej (choć tez niektórzy twierdzą, że poeci, to dorosłe dzieci) – jest czarno-biały. Ja wciąż się dziwię obserwując go, że tyle bezinteresownej krzywdy można komuś wyrządzać. Staram się krzesać jakąś nadzieję, że jest inaczej. Jest taka teoria, która mówi, że sami kreujemy wokół siebie świat, nasze myśli go kreują. Jeśli będziemy myśleć pozytywniej – będzie lżej. Mój świat – taki prawdziwy – to ta chwila kiedy jestem na scenie i ta większość życia, kiedy siedzę w studio i w domu, przy Żonie, przy psach, przy kominku…. To taki spokój, taki mały kraj, w którym jestem równoprawnym mieszkańcem ze wszystkimi dookoła, w  którym nikt nie atakuje mnie reklamami, nie zachęca do wzięcia kredytu, nie ma w nim wojny i obłudy… W tym kraju Żona przychodzi z podwórka i przynosi małe pomidorki, które akurat się urodziły i uśmiecha się… Uśmiecha się, bo nasz kwiatek – współmieszkaniec – będzie miał kwiatodzidziusie… Nikt w moim/naszym kraju nie uprawia polityki, a Serce bije równo i Dusza zawsze jest przy nas…

KŁ: Pochodzisz z Ciechanowa, tak jak Doda, jak znosisz ciężar konkurencji tak popularnej krajanki? 😉

WG: Ona jest bezkonkurencyjna, więc najpierw jest Doda, potem długo długo nic… i znowu Doda.

KŁ: Twoje miejsce to Scena Zaułek, prawda? Jak powstała i czym jest dziś dla Ciebie?

WG: To jest takie magiczne miejsce… Wspólne spotkania Widza i Artysty – ludzi o podobnej wrażliwości  i podobnym sposobie odbierania świata… Skoro przychodzi Widz do Zaułka, to znaczy, że znajduje w nim to samo co ja – czyli odskocznie od drapieżności, oddech od codzienności, cieknących kranów, niezapłaconych rachunków… Powszedniość w Zaułku jest odbita w krzywym zwierciadle, a to odbicie powoduje dystans, który magicznie wpływa na nasze samopoczucie. Można powiedzieć – następuje oczyszczenie (ha ha) i naładowanie akumulatorów, by godnie zderzać się  przez kolejne dni z codziennością. Obecnie Zaułek gra na stałe w Nowodworskim Ośrodku Kultury w Nowym Dworze Mazowieckim. W tym Ośrodku pracują sami Wrażliwcy – atmosfera jest magiczna. A początki, to lata 90-te. Rozkochany w magicznym Czerwonym Tulipanie, Piwnicy pod Baranami – zamarzyłem za tworzeniem takich miejsc. Pierwsza scenę robiliśmy z Basią Żebrowską w Ciechanowie. Było magicznie. Niesamowicie. Potem były próby w innych miastach, przez moment graliśmy w Teatrze Nowym w Warszawie… A potem były cykliczne spotkania z Zaułkiem w Nasielsku i Nowym Dworze Mazowieckim… Zaułek, to takie hasło tez, z którym nieformalnie związani są różni wspaniali Artyści. Możemy grac w każdym miejscu w kraju na każde zaproszenie… Trzeba tu dodać, że na każde zaproszenie, które będzie spełniało wymogi magiczności, czyli spotkania ze sztuką, spotkania człowieka z człowiekiem, a nie człowieka z kulinariami. Z kotletem i piwem nie jeden żart już poległ, że nie wspomnę o wierszu. Żeby to miejsce funkcjonowało organizator musi być kompatybilny z naszym światem. Tutaj nie ma miejsca na brak miłości do tych piosenek i do ludzi.

KŁ: Wydałeś kilka płyt, zagrałeś setki koncertów, napisałeś wiele wierszy i piosenek. Które wśród Twoich utworów są dla Ciebie najważniejsze?

WG: Wszystkie są ważne. To są takie moje dzieciopiosenki. W każdej rodzinie, w której rodzi się dużo dzieci te najmłodsze wymagają najwięcej uwagi. I tutaj tak jest. Nawet, jeśli są to piosenki z tekstem kolegów i tylko z moja muzyka, to jestem z nimi związany emocjonalnie. Natomiast mam jedną zasadę: na scenie zawsze mówię to, w co wierzę. Jeśli jest przepaść miedzy mną a tekstem, to tej piosenki już nie gram.

KŁ: Skąd czerpiesz natchnienie? Jak odnajdujesz swoją wenę? Czasem przecież przychodzi na każdego taki czas, że brak mu natchnienia?

WG: Teraz już trudno mówić o natchnieniu… Potrafię pisać piosenki na zamówienie. To już we mnie jest. Potrzebny do tego jest tylko wewnętrzny spokój. Wielu piszących mówi, że oni czuja, że tego nie piszą – oni to spisują połączeni jakimś kanałem z Wszechświatem. Wydaje mi się, że tak jest tez ze mną. Do napisania tekstu potrzebny jest wewnętrzny spokój – wtedy wszystkie myśli układają się w całość, tak jakby Ktoś chciał coś nam dyktować i tylko potrzebne są czyste łącza do tego, które nie zakłócają odbioru.

KŁ: Masz swoje ulubione miejsce w którym wena odwiedza Cię szczególnie chętnie?

WG: Pisze najczęściej wieczorami lub nocą. Generalnie jest ze mnie nocne zwierzę. W dzień nie potrafię nic zrobić tzw. twórczego. Chyba, że reklamę (ha ha). I najlepiej pisze mi się w domu. Kiedyś próbowałem wyjeżdżać w magiczne miejsca z zamiarem pisania. Niestety, wrażeń było tyle wokół, że nie dało rady… Przywoziłem te wszystkie myśli i obrazy do domu i dopiero wtedy przychodziła cisza i spokój…

KŁ: Wnosisz na scenę wiele ciepła i pozytywnej energii, ale doskonale wiem, że czasem artystów paraliżuje trema – jak sobie z nią radzisz?

WG: Jest czasami tak, że wszystko w środku mi się trzęsie ze strachu. Dziwnie tylko, że tego nie widać na zewnątrz. Nie wiem jak to działa. Wiem tylko, że trema musi być. Czasem, gdy jej nie ma – wywołuję ją. Ona pozwala na utrzymanie wewnętrznego napięcia, które pozwala mi z kolei na utrzymanie kontaktu z widzem. To już sprawdziłem przez te lata. Brak tremy – równał się gorszy koncert. Dlatego tak ważny jest dla mnie czas przed koncertem i koncentracja. Najchętniej lubię być sam i układać w sobie emocje. Po latach wiem już jak one powinny we mnie wyglądać.  Przed koncertem myśli się trochę o wielu sprawach technicznych, organizacyjnych… Potem trzeba wejść w świat, o którym będzie mowa w recitalu. To jest bardzo ważne. Oczywiście czasem tez bywa tak, że wszystko się układa inaczej i nie mam tej możliwości i tej chwili intymności. Wtedy śmieję się, że koncert przejechałem na autopilocie. I raczej nie mam z niego satysfakcji, mało pamiętam z niego… Czasem jest tak, że dopiero po 3,4 piosenkach wszystko się poukłada i już jest dobrze. Ale Widz tego nie wie. Ten autopilot jakoś niesie. Choć nie lubię tego stanu… Ale czasem niestety organizatorzy tacy są, którzy lekceważą pewne szczegóły i prośby, bo przecież  gwiazdą nie jestem…

KŁ: Czym twórczość Wojtka Gęsickiego, Anno Domini 2012, różni się od twórczości Wojtka z roku 1991?

WG: Chyba muzycznie dojrzewam. Cały czas. Nie jestem wykształconym muzykiem, wiec cały czas się uczę. Natomiast jeśli chodzi o teksty… Zmienia się tematyka, to o czym chce mówić. Kiedyś byłem zdecydowanie pieśniarzem miłosnym, z tego gatunku nieszczęśliwie pozostawionych (ha ha). Teraz już mam Miłość, wiec grzebie głębiej gdzieś w tej Miłości i piosenki przybierają kształt różnych odcieni Miłości. Czyli to wciąż Miłość we mnie gra…

KŁ: Radio to chyba Twoja wielka pasja – prowadziłeś i współtworzyłeś kilka audycji na kilku różnych antenach radiowych – co tak magicznego jest w zamkniętej skrzynce radioodbiornika?

WG: Wszystko jakoś tak się układa, że żyje tylko pasjami. Pewno kiedyś przyjdzie czas, że będę musiał żyć inaczej… Chce pokazać ludziom, że piosenka literacka, poetycka to nic strasznego, przed czym trzeba uciekać. Chce po prostu Dzielic się ze wszystkimi radością obcowania z pięknym tekstem i piękna muzyką.

KŁ: Masz jeszcze niespełnione marzenia związane z pracą na scenie? Wymarzone nienapisane piosenki, nieodkryte lądy poezji?

WG: Te lądy pojawiają się same z biegiem czasu, a ja nawet nie jestem świadom ich istnienia… A marzenia mam… Chciałbym mieć własną Scenę, czyli własny teatr lub choć kawiarnię artystyczną, gdzie mógłbym inscenizować różne swoje pomysły.

KŁ: Od lat ze sceny patrzysz na swoją publikę jak sądzisz do jakich ludzi Twoja twórczość trafi najlepiej? A może tworzysz głownie dla siebie?

WG: Tak jak wspomniałem na początku – ta cała zabawa ma tylko sens, kiedy będzie Widz i będę ja. Ja odnajduje te piosenki we Wszechświecie dla Publiczności i dla siebie. Gdyby Jej zabrakło – moje śpiewanie nie ma sensu. Wiem, że są ludzie, którzy piszą „do szuflady”. Ale ja nie jestem pisarzem, poetą – ja jestem scenicznym tworem. A na scenę oczywiście, że wychodzę, bo to uwielbiam. To jest jak jedzenie paluszków, czy orzeszków – wciąga niemiłosiernie. I ja to robię dla siebie, tak jak Widz przychodzi dla siebie na taki koncert. A na koncerty przychodzi publiczność w moim wieku i starsza. Czasem trochę żal, że młodzi ludzie są zaledwie niewielkim procentem w tej zabawie. Ale to zapewne moja wina, ponieważ nie potrafię do nich dotrzeć w sensie marketingowym…

KŁ: Na rynku ukazało się właśnie twoje nowe wydawnictwo  – wydana przez AIA Cytryna w ramach kolekcji ekologicznej Moja Kraina Łagodności, kompilacja Twoich ulubionych piosenek. To swoiste podsumowanie tego co zrobiłeś do tej pory? Opowiedz nam o tej płycie – dlaczego i kto powinien po nią sięgnąć?

WG: Na płycie znajdują się piosenki, które najcieplej odbierane były i są przez Widza na koncertach, czyli tak naprawdę ja nie dokonywałem wyboru piosenek pod hasłem „moje ulubione” . Tak naprawdę trudno mi zawsze się zdecydować, które są ulubionymi. Więc zostały nimi piosenki ulubione przez Publiczność.  Kocham je wszystkie (ha ha). Podsumowaniem mojej dotychczasowej pracy również bym nie nazwał tego wydawnictwa. Są na niej piosenki, które zostały już kiedyś zarejestrowane… Ja mało nagrywam. Piosenek mam zaś zdecydowanie więcej i to różnej maści. Poza tym te piosenki cały czas gram. Wszystkie są aktualne i będą do końca świata, bo opisywane w nich problemy cały czas towarzyszą człowiekowi.  Płyta nie jest bramą, która coś zamyka, a za nią będzie nowy Wojtek. Myśląc takimi kategoriami można śmiało powiedzieć, że każda nowa piosenka jest podsumowaniem tego co do tej pory przeżyłem, takim malutkim zamknięciem rozdziału chwil minionych, utrwalonych słowem i dźwiękiem oraz emocją.

Tu skorzystam z okazji i podziękuję za cudowne teksty Krzysiowi Buszmanowi, Jackowi Goryńskiemu, Markowi Piotrowskiemu, Janowi Siwkowi… Na tej płycie są ich teksty, ale takie ich-moje – myśli moje, których piękniej bym nie napisał, a oni to potrafili i za to im bardzo dziękuję.

Wydaje mi się, że płyta (jak każda łagodnościowa) jest dla wrażliwców, ludzi którzy mają potrzebę  wylogowania się na chwile od świata zewnętrznego i pozostawania z samym sobą. Czasem trzeba się zresetować. Czasami można resetować się szaloną zabawą, dobrym trunkiem, głupawką, wygadaniem z kumplem,  a czasami tak – słuchając Wojtkowego smużenia…

KŁ: Dziękuję, za czas i dobre słowo. Wszystkiego dobrego.

 

Wywiad przeprowadził: Adam Kałużny, wykorzystano zdjęcia Pawła Dobrzynieckiego i Krzysztofa Janickiego

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • MySpace
  • PDF
  • Twitter
  • Śledzik
  • Grono.net
  • Wykop
  • co-robie
  • Forumowisko

Łagodna Lista Przebojów
w czwartki od 20:00
na antenie Radia Aspekt

Kraina Łagodności TV

Archiwum